Moja wiara...

"Gdyby wiara Twa była wielka jak gorczycy ziarnko..."

Rycerz Pana. A co to w ogóle znaczy? Niejeden słownik podałby definicję typu : człowiek bijący się o wiarę... Coś w tym jest, ale pierwszy rok w nowej szkole, nowym otoczeniu dał mi perspektywy na znacznie szersze rozpatrywanie definicji tego określenia. Po wkroczeniu w środowisko, w którym więcej ludzi mnie otaczających to niewierzący, lub tzw. "nie praktykujący" (chociaż tego określenia kompletnie umysłem nie ogarniam) moja wiara uległa znacznemu pogłębieniu. Na przekór tym wszystkim, którzy pod wpływem środowiska, w jakim się znaleźli, odwracają się od Boga, ja staram się ciągle być bliżej Niego. Swoją bliskość z Kościołem zawdzięczam już od najmłodszych lat, mojej, nieżyjącej już babci, rodzicom, siostrze. Nie mogę zgodzić się z ludźmi, którzy mówią, że człowieka 15-17 letniego (uściślając ucznia gimnazjum-liceum) nie można nawrócić, nie można w nim rozpalić iskry wiary. Ktoś powiedział mi, że jeśli w dzieciństwie ktoś nie zakorzenił w sobie Boga to na pewno nie uda mu się to w liceum. Bzdura! Jakże wielu jest tych, którzy podawali się za niewierzących, a teraz każdą sprawę zawierzają Panu. 

 
Rodzice dali mi ziarenko wiary, zalążek, który rozkwita z dnia na dzień po dziś dzień i będzie rozkwitał nadal, aż do później starości (o ile dane mi będzie przez Pana takiej dożyc). Wielki wpływ na rozwój mojej wiary, zwłaszcza w ostatnich latach (co jest kontrą na głosy, że w tym wieku wiara już się nie kształtuje) ma duży kontakt z licznymi księżmi, których spotkałam na swej drodze będąc już małym dzieckiem i spotykam do dziś. Tych, już po święceniach, jak i tych przed i w trakcie... Wszystkim razem i każdemu z osobna dziękuję za to, że pojawili się na drodze mojego życia i mają wpływ na kształtowanie się mojej osobowości, wiary i Miłości. Dziękuję Wam za to, że jesteście, a Bogu, że powołał Was i mnie do życia i pozwolił nam się poznać. (Wszystkich księży, siostry zakonne, kleryków, do których podziękowania są kierowane przepraszam, że nie wymieniam Was z imienia, ale potrzeba by było osobnego wpisu).

Pewnego razu zapytana o swój ideał mężczyzny na pierwszym miejscu wskazałam Chrystusa (z miejsca zaznaczę, że od 19 miesięcy trwam w szczęśliwym związku). Było dla mnie oczywistym podanie w odpowiedzi tegoż autorytetu. Wiem, że choćbym znalazła się na środku pustyni, bez kropli wody i kromki chleba, brudna, spragniona, głodna, smutna Pan nie pozwoliłby mi zginąć. Ogromny wpływ na moją wiarę miało też pojawienie się w mojej parafii organizacji Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży. Po wstąpieniu w szeregi KSM-u, poznaniu jego historii, dowiedzeniu się, że niegdyś babcia, czy ciocia broniły wiary w Polsce właśnie poprzez przynależności do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (wówczas Żeńskiej) uznałam, że w obliczu obecnej sytuacji Kościoła potrzeba ludzi, którzy powiedzą Bogu TAK (i nie chodzi tu tylko o wstępowanie do zakonów). Dzięki KSM-owi poznałam też wielu wspaniałych Bożych Szaleńców, rówieśników, którzy, tak jak ja, są gotowi poświecić siebie dla Boga. Wiem, że w obliczu miłości Boga do mnie, moja do Niego jest niczym, prochem, ziarnkiem piasku na pustyni, ale wiem, że dla Boga każde ziarnko się liczy.  Każdego dnia dziękuję Panu za wszystkich i wszystkim, którzy mieli choćby maleńki wpływ na moją wiarę, za to, że potrafię dziś powiedzieć zupełnie szczerze, że:
NIE WSTYDZĘ SIĘ JEZUSA!

Komentarze

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch