Na pielgrzymim szlaku...

Relacja z VIII Warszawskiej Pielgrzymki Rowerowej na Jasną Górę (Grupa 4a WPP)
 
Od kilku lat zbierała się we mnie chęć pójścia na pielgrzymkę do naszej Jasnogórskiej Pani. W momencie, w którym wybrałam już swoją pielgrzymkową grupę Tata po raz pierwszy pokazał mi, że on ma na to wszystko inne - swoje, lepsze plany. 11 sierpnia ruszyłam w drogę wraz z dwójką przyjaciół i 450 innych pątników-rowerzystów, aby za cztery dni pokłonić się naszej ukochanej Mamie.


Wszystko zaczęło się w sobotę 10 sierpnia. Jeszcze przez kilka dni wcześniej niezbyt miałam ochotę na cały ten wyjazd i nie chodziło o samą pielgrzymkę, bo tej niezmiernie pragnęłam, ale o względy logistyczne związane z transportem bagażu i rowerów... Około 15:20 pociąg osobowy relacji Wrocław - Poznań "zgarnął" nas ze stacji w Lipnie Nowym...nas i nasze rowery. Było to pierwsze spotkanie z dobrymi ludźmi na naszej pątniczej trasie i pierwszy znak Taty, że wszystko będzie dobrze, wystarczy mu tylko zaufać. Uprzejmy konduktor potraktował nasze rowery bardzo sympatycznie i pozwolił im jechać "na gapę". Na dworcu w Poznaniu z rowerami pomógł nam się ogarnąć kolega Szymon, który też spadł nam jak aniołek z Nieba. Po upływie niespełna 1,5 godziny już całą trójką ruszyliśmy do Warszawy W przedziale spotkaliśmy ekipę Duszpasterstwa Akademickiego Wilda z księdzem Adamem Pawłowskim i klerykiem z poznańskiego Seminarium. Dzięki tak doborowemu towarzystwu 3h minęły nam niezmiernie szybko i niezmiernie miło. Na dworcu Warszawa Centralna czekał na nas kolega Robert, mieszkaniec stolicy, który mimo późnej pory przyjechał do nas rowerem z drugiego końca miasta, aby pokierować nas do miejsca zbiórki pielgrzymki - parafii bł. Władysława z Gielniowa na Ursynowie. Wcześniej organizator Pielgrzymki przyjechał samochodem po nasze bagaże. Wszystko do tej pory układało się nad wyraz pięknie i dobrze. Tata czuwał na każdym kroku, a wydarzenia przebiegały nawet lepiej niż zgodnie z planem.
 
 
Zanim wyruszyliśmy w drogę czekała nas jeszcze noc w Warszawie. Poznaliśmy sympatyczne młode małżeństwo - Witka i Olgę z Podlasia. Jak się później okazało to dopiero początek poznawania dobrych i pozytywnie zwariowanych ludzi. (Bo chyba wariacją jest wyciąganie zwiniętego dywanu spod rowerów, ażeby nie spać na twardych i mało wygodnych płytkach) ;) Śniadanko zjedliśmy z Przemkiem, Kamilem i Justyną. Podczas organizacji wyjazdu poznaliśmy blond psycholog Agnieszkę - Wielkopolankę - co wpłynęło na to, że swój ze swoim trzymał się razem aż do końca Pielgrzymki. Około 8:45, po dokonaniu wszelkich wpłat pomodliliśmy się wspólnie w kościele bł. Władysława i już o własnych siłach, na własnych nogach ruszyliśmy na szlak rowerowy.
 
 

kard. K. Nycz i ksiądz kapelan Konrad :)
Pielgrzymka rowerowa rządzi się nieco innymi prawami niż pielgrzymki piesze. Jest na nich mniej śpiewów i modlitwy w drodze, ale wszystko można przecież nadrabiać na postojach. Na jednym z nich rozmowa połączyła nas z Michałem z Warszawy, który był już piątym członkiem naszej rozrastającej się ekipy. Pierwszego dnia przejechaliśmy 63,5 km co zajęło nam łącznie 3 godziny i 23 minuty. W szkole, w której nocowaliśmy czekały nas kolorowe sny w jeszcze bardziej barwnej świetlicy. Pierwszej oficjalnie pielgrzymkowej nocy zrodziła się w naszym wąskim gronie myśl, która została później nazwana 11 przykazaniem - "Miłuj bliźniego swego nawet jeśli chrapie na całego". Myślę, że genezy sprawy można się łatwo domyślić. Rano był bieg po bułeczki, który zapowiadał się taaaak pięknie, aż się nie okazało, że sklep jest raptem 600m od szkoły. Po śniadanku ani śladu, modlitwa, błogosławieństwo i kolejny dzień przed nami. Po 16km konferencja i Msza Święta w Mogielnicy. Pierwsza z nie do końca zwyczajnych Mszy na naszej trasie, gdyż przewodniczył jej kard. Kazimierz Nycz, który przypominał nam w homilii o tym, iż mamy być solą ziemi i światłością świata, abyśmy nie tracili smaku i byli przyprawą, która ten wyraźny smak nadaje, bo gdy sól nie jest zwietrzała to wystarczy jej niewiele, aby potrawę doprawić. Niespodzianką było też to, iż Kardynał również wsiadł na rower i przejechał  z nami kolejny odcinek drogi (15km) do Nowego Miasta nad Pilicą. Drugiego dnia przejechaliśmy w sumie 80km.

 
Trzeci dzień nie był dla mnie zbyt szczęśliwy. Po 20km i dotarciu do kościoła w Paradyżu moje nadwyrężone kolano odmówiło posłuszeństwa i dalszą drogę, aż do wieczora dzięki uprzejmości Adama, Czarka i Michała pokonywałam w tzw. samochodzie naprawczym. Złość, smutek, żal...to właśnie czułam...do czasu. Do czasu, aż pewna dobra osoba nie uświadomiła mi, że widocznie tak miało być i to, że ja cierpię, bo nie mogę jechać dalej o własnych siłach, było potrzebne do wypełnienia czyjejś intencji. W Paradyżu braliśmy udział w kolejnej niesamowitej Eucharystii, na której to pielgrzymi Eliza i Marcin jadący do tej pory wraz z nami na rowerach zawarli przed Bogiem, rodziną i pielgrzymkową wspólnotą związek małżeński. Piękna uroczystość, zupełnie inna niż tradycyjne śluby... niezwykli ludzie, niezwykła uroczystość. A skoro był ślub to musiało być także wesele - przy ognisku, kiełbaskach, tańcach, śpiewach i... manuecie (którego nie ogarniam do dziś, ale fajna zabawa). I wszystko mogłoby trwać w nieskończoność, gdyby nie fakt, że o 6 rano trzeba było wyjechać na ostatni już etap naszego pielgrzymowania. Wielgomłyny - Jasna Góra.
 
Aga, Przemek, Michał i Aga
Nie wiem czy to świadomość ostatniego dnia, chęć spotkania się z Mamą, czy jeszcze inna łaska, ale ostatni dzień minął można by powiedzieć bez większych bólów i jęków, a nawet niezmiernie szybko. Święta Anna, Mstów, Przeprośna Górka... Kilometry mijały niepostrzeżenie/ Jako część Pieszej Pielgrzymki grupy 4 musieliśmy przeczekać, aż miną nas grupy 1, 2 i 3. Wtedy też z moich oczu spadły pierwsze łzy. Poczułam moc wspólnoty. Poczułam, że jesteśmy jedną wielką rodziną, że przeżywamy dokładnie to samo, zmierzając do naszej Matki. Ostatnie kilometry pokonywane już pieszo, z rowerem pod ręką. Uśmiech na twarzy, łzy na policzkach...Jasna Góra. To co wówczas działo się w moim sercu i w mojej głowie jest nie do opisania. Trzeba przejść - przejechać swoje kilometry, swoje wypocić, natrudzić się i stanąć przed obliczem Matki wpatrując się w jej przecudowne oczy żeby zrozumieć, żeby poczuć... Kiedy staje się u bram Jasnej Góry czuje uczucia się mieszają. Napływ emocji jest tak ogromny, że człowiek nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym, żeby wtulić się już we wzrok ukochanej Mamy. Nie ma piękniejszej chwili. Chwila ukojenia, ogromnej radości, po trudzie pielgrzymki odpoczynek w ramionach tej, która kocha najbardziej. Było warto, chyba tylko tyle jestem w stanie powiedzieć. Gdy oglądam zdjęcia i wspominam tamte chwile wzruszenie samo maluje się na twarzy.

 
Pielgrzymka się skończyła, ale nie skończyli się dobrzy ludzie, do których zaliczyć trzeba także księdza Roberta, który ze swej uprzejmości odebrał nasze bagaże z miejsca zbiórki i zawiózł je do Domu Pielgrzyma, w którym spędziliśmy ostatnią noc przed powrotem do domu, znów już tylko w swoim trzyosobowym składzie. Nawet tam dosięgło nas działanie Taty, który nie przestał nam pokazywać, iż przypadki się nie zdarzają. Spotkanie z warszawską "Czarną 17-tką" prowadzoną przez księży Chrystusowców chyba też należy zaliczyć do niespodziewanych. Miło zobaczyć znajomych z różnych stron kraju i świata, z którymi na co dzień nie ma się większego kontaktu. Znaki...wszędzie jawnie widoczne znaki. Miło, gdy wszystko dzieje się w miejscu, które nas wszystkich jednoczy, które jest dla nas miejscem wspólnym, wspólnym domem u naszej Mamy.
 
 
Podsumowując - 6 niesamowitych dni z Bogiem, Maryją, cudownymi ludźmi, na których w każdej chwili można było liczyć, którzy bezinteresownie nieśli pomoc w każdej potrzebie, służyli dobrym słowem, pocieszeniem, butelką wody, batonikiem, maścią, tabletkami, bandażem, cudownymi kapłanami, którzy na każdym kroku pokazywali, że "nie taki diabeł straszny", służyli ukojeniem w konfesjonałach, umożliwiali powrót do Taty i dostrzeżenie jego ogromnej miłości, wspaniałymi klerykami, dzięki którym nieco przekonałam się, że (archi)diecezjalni księża też są ludźmi ;) Wiele wspomnień, doświadczeń, przeżyć; wszystko złożone w ręce Królowej z Jasnej Góry. Wielu ludzi, w których spotkałam Chrystusa. W ich pomocy, miłosierdziu, bezinteresowności. Pielgrzymka to niesamowity czas, w którym nikt nie czuje się samotny, gdzie zawsze znajdzie się choćby jedna taka osoba, która zapyta jak się czujesz, czy czegoś Ci nie potrzeba. To niesamowity czas pozwalający i pomagający odkryć, że cząstka Boża jest w każdym, że Chrystus działa przez bliźniego i w bliźnim, który jest obok Ciebie. Działanie Boga przez bliźniego, przez sploty wydarzeń, przez wyprostowanie dróg i rozwikłanie problemów...pielgrzymka to czas, który pomaga to zrozumieć i zobaczyć, zobaczyć, że bez Boga nie ma życia, że człowiek sam nie poradzi. Pielgrzymka pomaga zaufać Bogu w całości - zwłaszcza, kiedy jedzie się na nią z wielką niewiadomą przed oczami, na drugi koniec Kraju.

Za każdy dzień, rozmowę, pomocną dłoń, każdy kilometr, każdy pagórek i zjazd, za podróże w pociągach (nawet tę powrotną do domu trwającą 13h, wszystkie posiłki, żarty, uśmiechy, konferencje, wiatr, sakrament pojednania, piosenki, dzwonki, sale gimnastyczne, klasy, kolejki do prysznica...za wszystko serdecznie DZIĘKUJĘ Grupie 4a Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej na Jasną Górę.

"Mamo nasza Mamo, Jasnogórska Pani chcemy podziękować Ci,
że na naszej drodze, że na naszej drodze sami DOBRZY ludzie szli!"

Komentarze

  1. Bardzo chciałabym iść na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, ale niestety moje zdrowie na to nie pozwala, może kiedyś. Pięknie opisałaś swoje przeżycia z pielgrzymki, ja na swoich rekolekcjach też zobaczyłam wiele cudów, które działy się za sprawą Maryji (i nie tylko), ale to coś zupełnie innego niż pielgrzymka na Jasną Górę.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na tej pielgrzymce był mój Brat. Modliłem się o jego nawrócenie. Niech Matka Boża ma Go w swojej opiece.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Skoro już tu jesteś, zostaw po sobie ślad. Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat i podziękuję Ci za wizytę.

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch