Nie był ideałem?

Dzisiaj (21 grudnia 2015) o godzinie 19:33 podczas odprawiania Mszy Świętej w klasztorze ojców dominikanów w Poznaniu Pan wezwał do siebie ś. p. ojca Jana Górę OP, twórcę młodzieżowych spotkań nad Lednicą. Wszystkich, którzy choć odrobinę kojarzą ś. p. ojca Jana informacja ta wprawiła w osłupienie. Mnie także. Z jednej strony z uwagi na to, że odszedł człowiek, który dla Kościoła i młodzieży w Polsce zrobił naprawdę tyle, co mało kto, z drugiej natomiast dlatego, że w maju tego roku dane było mi poznać tego wyjątkowego, choć trudnego w pierwszym kontakcie, człowieka, osobiście. Dziś te kilkadziesiąt minut staje mi ponownie przed oczami jakby to było dziś.


Był piątek 15 maja, kiedy po Mszy o 7:00 zapukałam do furty klasztoru dominikańskiego przy ulicy Kościuszki w Poznaniu. Ojciec Jan jak gdyby nigdy nic siedział w swoim (nomen omen zagraconym, ale to był wybitnie twórczy nieład) biurze. Jadł śniadanie i nawet zapytał, czy nie chciałabym zjeść go razem z nim. Stres jednak nie pozwalał mi niczego przełknąć więc życzliwie podziękowałam. 
Celem mojej wizyty było przeprowadzenie wywiadu do poznańskiej wkładki miesięcznika "Wzrastanie", z którym mam okazję już od niemal roku współpracować. Nie powiem, że ojciec Jan był uosobieniem anielskości, bo nie był. Był człowiekiem nad wyraz trudnym w odbiorze, specyficznym, ale był w tym wszystkim sobą. Wydawał się surowy, ale kiedy dziś ponownie odsłuchuję nagranie z naszej rozmowy po raz kolejny przekonuję się, że tak naprawdę był takim dobrym ojcem, który potrafi skarcić, ale nade wszystko potrafi i chce przytulać i rozbawiać. 
Nie lubił ściemy i nie lubił amatorki. Wszystko musiało być profesjonalne i czarno na białym. Tak - tak, nie - nie. Konkret. Ale myślę, że właśnie za to był kochany przez wielu. Owszem, przez wielu też znienawidzony, ale nikt, tak jak on, nie potrafił przyciągać młodzieży do Chrystusa. 
Dziś, odkąd otrzymałam wiadomość o śmierci ojca Jana, choć spędziłam w jego bezpośredniej obecności raptem kilkadziesiąt minut, dziękuję Bogu za to, że te kilkadziesiąt minut w ogóle miało miejsce. Dziękuję, że mogłam nie tylko wypełnić swoje zawodowe zadanie - przeprowadzenie wywiadu - ale że mogłam poznać tego, przez którego wielu nawróciło się na ścieżki prowadzące do Nieba. Choć sam o sobie wielokrotnie w naszej rozmowie powtarzał, że nie jest ideałem.
Poniżej fragment mojego wywiadu przeprowadzonego tamtego pamiętnego poranka w śniadaniowej atmosferze z ś. p. ojcem Janem Górą OP. 
***
To już XIX Spotkanie Lednickie. Nie jest już Ojciec tym wszystkim zmęczony? Organizowanie takiego wydarzenia, dopinanie wszystkich spraw, pochłaniają przecież sporo energii i czasu, a do tego dochodzą jeszcze obowiązki dnia codziennego i zakonnego życia.
Jestem zmęczony i nie jestem zmęczony.
To znaczy?
Jestem zmęczony pracą, jak każdy człowiek, ale nie jestem zmęczony ogólnie, bo istotą Lednicy jest ewangeliczność, a do istoty ewangeliczności należy to, że mamy zawsze jakieś novum i dobroć. Zmęczenie, które po ludzku mogłoby się wkraść, po Bożemu jest fascynujące. Jest tym cudownym materiałem, którym budujemy to wspaniałe wydarzenie.
A pracy jest niewątpliwie dużo. Skąd w Ojcu tyle energii?
Sam tego nie wiem. Od wczesnego rana, od godziny 6:00, siedzę tutaj w swoim biurze, modlę się, pracuję i to mnie zapala na nowo. To dar Boży.
Wydaje mi się, że po pewnym czasie może się to stać nudne.
Istotą Lednicy jest to, że ona jest zawsze inna, nowa, świeża, pociągająca i porywająca. Lednica nie jest nudna. Spotkania z ludźmi nie mogą być nudne, spotkania z Jezusem tym bardziej.
Może lepiej usiąść wygodnie w fotelu, poczytać książki, po prostu odpocząć.
Czy byłoby lepiej? Z punktu widzenia prymitywnego, konsumpcyjnego byłoby lepiej, ale z punktu widzenia Bożego, punktu widzenia wieczności – nie. 
(...)
Jaki powinien być duszpasterz młodzieży?
Powinien być ojcem, a nie kolegą. Kolegów młodzi mają w klasie, na uczelni. Duszpasterz młodzieży powinien być ojcem, który kocha dziewczyny i chłopaków, który jest wymagający, poważny i silnej woli. (...)
Taki jest właśnie Ojciec Jan Góra?
Nie jestem ideałem, ale uczyłem się u najlepszych. Ojciec Tomasz Pawłowski OP był, jest i będzie na zawsze moim mistrzem. Kardynał Wojtyła, a później Jan Paweł II, to był dopiero mistrz świata. Zostawił po sobie całe pokolenie. Chciałbym mu móc stopy całować. Nie bał się młodych, nie pobłażał im, ale był wymagający. Staram się Go naśladować. Na ile udolnie? Nie mnie oceniać.
***
Po całość wywiadu, który ukazał się na łamach Poznańskiego Wzrastania zapraszam do internetowego magazynu Katolickiego Stowarzyszenia Archidiecezji Poznańskiej SERVITUS

Komentarze

  1. Kochany Ojciec :( :( :( Teraz brakuje mi go najbardziej. Choć wiem, że w Niebie, znów go spotkam, osobiście, twarzą w twarz, to jednak, serce boli z tęsknoty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdego z nas to czeka. Możemy mu tylko zazdrościć, że wyprzedził nas w drodze do zbawienia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Skoro już tu jesteś, zostaw po sobie ślad. Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat i podziękuję Ci za wizytę.

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch