Słowo zamieszkało między nami

Przyszedł ten dzień. Dzień, na który czekaliśmy przez ostatnie 4 tygodnie. Narodziło się oczekiwane Dziecię. I co dalej?

Przed dwoma tysiącami lat Chrystusa nikt nie przyjął pod swój dach. Maryja z Józefem musieli znosić trudy porodu i pierwsze chwile z maleńkim, bezbronnym, nowym Stworzeniem w cuchnącej, brudnej, z pewnością nie sterylnej i nie wysłanej różami szopie. Takiej samej, w jakich pasą się zwierzęta, wśród  siana, słomy, gnoju. Mało to przyjemne i uroczyste prawda? Dziś jednak, gdy znamy całą historię życia Jezusa spoglądamy na to wydarzenie z nieco innej perspektywy.

Po pierwsze po co Bóg w ogóle zszedł na ziemię, czy nie lepiej było mu zostać w niebieskich pałacach, o których mowa w Piśmie Świętym? Bóg chciał i jednocześnie musiał zejść na ziemię. Nie bez powodu też przyszedł pod postacią dziecka - a przecież jest Wszechmocny i gdyby chciał mógłby przecież przyjść na świat od razu jako dorosły mężczyzna, albo kobieta... Bóg przyszedł pod postacią dziecka, by przeżywać po kolei każdy etap ludzkiego życia, by na własnej skórze niejako, poczuć wszystkie trudy człowieczego życia, od braku domu przy narodzinach, przez szykany i wyśmiewanie, po męczeńską śmierć (i to śmierć tylko i wyłącznie z miłości do człowieka, bez żadnej winy, ale to temat na inne święta). 

Bóg przyszedł na ziemię i przybrał ciało niemowlęcia, by nie zarzucano Mu, że nie wie, jak ciężko jest ludziom na tym świecie. Chciał współczuć z ludźmi namacalnie, czując ból, smutek, radość, dzieląc z ludźmi wszystkie uczucia, chwile wesela i płaczu. Stajenka nie była przypadkiem. Słowo, które stało się ciałem, celowo nie zamieszkało w pałacu. Słowo zamieszkało między nami, zwykłymi ludźmi. 


Dziś także Słowo przychodzi do nas. Do ludzi. Chce zamieszkać między nami. Nie po to, "by machnięciem różdżki i dwoma słowami zaklęcia zniknęły z niego (naszego życia) wszelkie problemy. Nie usuwa ich, ale w nie wchodzi". Bóg przyoblekł się w człowieka, by wejść w nasze problemy, być "bezdomnym z bezdomnymi, ubogim z ubogimi, opłakującym śmierć bliskich z płaczącymi z tego powodu, zdradzonym ze zdradzonymi, oplutym z oplutymi, zabitym z zabijanymi..."*

Życzę Wam moi Drodzy, by Słowo zamieszkało na nowo w Waszych sercach. To od nas zależy, czy damy Bogu możliwość działania w naszym życiu i przemieniania naszych serc. Niech Boże Dziecię przyniesie pokój w wasze życie, a radość jaką niosą za sobą narodziny małego dziecka niech ogarnie Wasze rodziny. Przekazujcie sobie wzajemnie radosną nowinę o narodzinach Emmanuela - Boga z nami, bo odtąd nikt, kto tę nowinę z wiarą przyjmie, już nie będzie smutny ani samotny. 

Komentarze

  1. Wow! Podoba mi się Twój blog. Super się go czyta i w ogóle fajnie, że są w internecie obecni kato - blogerzy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. serdecznie dziękuję :) Zapraszam częściej i jednocześnie polecam blogi innych katoblogerów, znajdziesz je w zakładce "Polecam" na górze strony :) Pozdrawiam! :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Skoro już tu jesteś, zostaw po sobie ślad. Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat i podziękuję Ci za wizytę.

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch