Chrzest? Polecam!

Wiele o tym sakramencie mówiono w Polsce w minionym roku. Aż dziw, że nie pojawił się tu (chyba) żaden artykuł w tym temacie, bo zabierałam się do napisania takowego chyba ze trzy razy. No cóż, Duch Święty wieje, jak i gdzie mu się podoba i tak przywiał mnie z artykułem o chrzcie dziś, w dniu, w którym wspominamy w liturgii Chrzest Pana Jezusa. Niedziela Chrztu Pańskiego następująca bezpośrednio po uroczystości Objawienia ma nam przypominać o tym, że w pewnym momencie naszego życia, a w większości przypadków niedługo po narodzeniu, staliśmy się chrześcijanami. Co to właściwie oznacza?


Wodą Chrztu świętego i olejem z Krzyża zostaliśmy namaszczeni przez Boga. Brzmi górnolotnie, a oznacza tylko i aż tyle, że przez te symbole wody i oleju, przez wypowiedzianą modlitwę i błogosławieństwo kapłana, rodziców i chrzestnych zostaliśmy włączeni do wspólnoty Kościoła. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka, z natury, jest potrzeba przynależności. Chrzest gwarantuje nam spełnienie tego pragnienia. Włączając nas do wspólnoty Kościoła daje nam nową rodzinę, jaką są wszyscy chrześcijanie na całym świecie. Daje nam prawo nazywania siebie dziećmi Boga. Chrzest daje nam też cały szereg profitów wynikających z bycia owym dzieckiem - możliwość przyjmowania kolejnych sakramentów, w tym w szczególności sakramentu Eucharystii, o którym mówi się, że zazdroszczą nam go same Anioły. Dzięki przynależności do wspólnoty Kościoła mamy świadomość, że nigdy nie pozostaniemy sami, bo choćbyśmy w niewiadomo jakiej potrzebie i niewiadomo na jak odległym krańcu świata się znaleźli,  nawet jeśli nie ma tam innych ludzi to zawsze jest z nami Bóg. 

Gdyby nie to, że 3 czerwca 1995 roku rodzice zanieśli mnie do kościoła parafialnego p.w. Wszystkich Świętych w Mórkowie, ubraną w białą sukienkę, owiniętą w równie biały becik, gdyby nie to, że ksiądz Marian, którego doskonale pamiętam, bo jeszcze przez wiele lat służył jako proboszcz w naszej parafii, dokonał aktu mojego chrztu włączając mnie do wspólnoty Kościoła, nie przeżyłabym wielu wspaniałych przygód w moim życiu. Nie wiem, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie była ochrzczona. Wiem jednak, co by mnie nie spotkało, a co przydarzyło mi się dzięki temu, że jestem chrześcijanką, że ktoś kiedyś zaszczepił we mnie wiarę. Przede wszystkim nie byłoby mnie tu, nie czytalibyście tego artykułu, nie byłoby Dzięki Bogu, a co za tym idzie, nie poznałabym wielu z Was, z którymi dziś mam osobisty kontakt. Prawdopodobnie nie obejrzałabym wielu wartościowych filmów, nie przeczytałabym godnych uwagi książek, nie opublikowałabym swojego pierwszego artykułu w ogólnopolskiej prasie, nie spotkała takich osobistości jak ś.p. o. Jan Góra, czy ś.p. ks. Jan Kaczkowski. A to wszystko za sprawą Chrztu świętego.



Tydzień temu zostałam matką chrzestną. Składając wyznanie wiary w imieniu maleńkiej istoty, która tego dnia została włączona do wspólnoty Kościoła, próbowałam wyobrazić sobie, co czuli moi rodzice i chrzestni, gdy to mnie trzymali na rękach stojąc przed ołtarzem. Dziękuję Bogu, rodzicom i chrzestnym za chrzest. To on, nie szkoła, nie nauczyciele ani wychowawcy, wpłynął na to kim dzisiaj jestem, jaka jestem, co robię, co już za mną, a co jeszcze przede mną. 

Jestem chrześcijaninem i jestem szczęśliwa, po pierwsze, że Mieszko I dokonał chrztu Polski, bo gdyby nie on to pewnie w ogóle nie byłoby dziś mowy o żadnym chrześcijaństwie w naszym kraju, po drugie, że mogę swoje życie każdego dnia opierać na Bogu, a po trzecie i ostatnie, że chrzest zagwarantował mi, że ten rollercoaster jakim jest chrześcijaństwo (czy jak mawiał ś.p. ks. Jan Kaczkowski życie na pełnej petardzie) nigdy się nie skończy. 

Komentarze

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch