Bóg nie nosi butów

Nie dalej jak tydzień temu, będąc w Środę Popielcową na Mszy Świętej, usłyszałam na kazaniu słowa, które stały się inspiracją do napisania tego artykułu. Bo któż z nas zastanawiał się kiedykolwiek, czy Bóg nosi buty?




Niektórym wydaje się, że Bóg nader często i zbyt intensywnie ingeruje w ich życie, że lepiej odciąć się od Boga, być silnym, niezależnym i samodzielnym, niż pozwalać sobą sterować. Bywają tacy, którzy twierdzą, że wiara i religia utrudniają im życie zamiast je ułatwiać i czynić lepszym. Wszyscy oni nie wiedzą jednak o jednej bardzo prostej sprawie:

"Bóg zajmie w Twoim życiu tylko i wyłącznie tyle miejsca, ile Mu tego miejsca udostępnisz"

Bóg nie nosi butów więc nie może (ale też nie chce) wchodzić z butami w nasze życie. Mógłby to robić, jest przecież wszechmocny, ale byłoby to sprzeczne z daną nam wolną wolą. Bóg jest cierpliwy i jeśli w tym momencie nie masz z Nim dobrej relacji, albo nie masz jej wcale, nie wierzysz w Jego istnienie i oddziaływanie na człowieka, to On i tak jest, i tak na Ciebie czeka, i tak się Tobą opiekuje. Prawdopodobnie Tobie w sytuacjach odnoszenia sukcesów i w chwilach radości nie przypomina się, że być może jest to zasługa Boga, ale On czuwa i czeka, aż sam do Niego przyjdziesz.

Bóg się nie narzuca. Odrzucony usuwa się w spokojne miejsce, by tam na Ciebie oczekiwać. I nie robi tego niecierpliwie, nie stoi z zegarkiem w ręku odliczając sekundy i minuty denerwując się, że jeszcze Cię nie ma. Bóg jest jak miłosierny ojciec z ewangelicznej przypowieści, ufny, wierny i kochający mimo wszystko. W Twoim życiu, tak samo jak w moim, zajmuje dokładnie tę cząstkę tego życia, którą Mu na to przeznaczyliśmy. Czuwa nad nami, ale nie jest nachalny, jeśli na pielęgnowanie relacji z Nim przeznaczasz tylko tę godzinę w tygodniu, w czasie której jesteś na Mszy świętej to On nie upomni się o swój czas w innych momentach. Jeśli jednak Twoja relacja z Bogiem jest bliska, codziennie znajdujesz czas na modlitwę, rozważanie Słowa Bożego, rozmowę z Ojcem, wówczas Bóg zajmuje większą część Twojego życia, w większym stopniu daje o sobie znać, w większym stopniu ingeruje w to, co robisz, ale tylko z tego względu, że Go do tego zaprosiłeś.

Z jednej strony, dla tych z Was, którzy nie czują w tej chwili potrzeby trwania w relacji z Bogiem ta perspektywa może wydawać się pozytywną, do zaakceptowania, bo w końcu jeśli nie będę miał żadnych kontaktów z Bogiem to on zbytnio też nie będzie wpływał na moje życie (pozornie, niewierzącym i słabo wierzącym wydaje się, że różne zdarzenia są przypadkami, kolejami losu, łutem szczęścia itp., po prostu nie upatrują w tym działania Boga). Z drugiej jednak strony jest to perspektywa przykra i przyprawiająca mnie o smutek, bo fakt, iż Bóg nie jest nachalny i nie wchodzi sam z siebie z butami do naszego życia sprawia we mnie poczucie tego, że niektórzy mogą nigdy (na tym świecie - co jest później wiedzą ci, którzy już ten etap życia mają za sobą) nie doświadczyć piękna relacji z Bogiem, jeśli uporczywie będą się od Niego odwracać plecami. Nigdy nie będą czuli się w pełni kochani i to miłością bezinteresowną, niczego nie oczekującą w zamian, nie doświadczą najpiękniejszej przyjaźni, nie poznają, czym jest bezwzględne zaufanie i (bezpodstawne) przebaczenie będące wynikiem tylko i wyłącznie tego, że Ktoś nas kocha miłością nieskończoną

W tej perspektywie, aby uchylić kawałek nieba na ziemi tym, którzy są daleko od Boga, wręcz chciałabym, aby pchał się on z tymi buciorami w ich życie - moje też. By w końcu zagrzmiał, gdy tak często mówimy "Boże, widzisz, a nie grzmisz". Ale Bóg nie ma butów. On cierpliwie, po chichu, dając delikatne sygnały, nigdy na siłę, czeka, aż człowiek Go w końcu zauważy, by zająć w życiu człowieka, jak spokojny współlokator, tylko tę cząstkę, która zostanie Mu przez człowieka przeznaczona.

Komentarze

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch