Przewodnik

Czas wakacyjnych wypraw często kojarzy się z pojęciem przewodnika. Przewodnik to jednak zbyt ograniczone słowo stosowane do określenia wielu różnych funkcji i osób. Przewodnikiem może być pracownik Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, który będzie oprowadzał nas po tatrzańskich, czy bieszczadzkich lasach, dolinach i górach. Przewodnikiem nazwiemy też pilota wycieczki, który opowie nam o najciekawszych zakamarkach starożytnych miast i wyjątkowych polskich obiektów architektonicznych. Przewodnik w końcu może występować też jako rzecz, w formie papierowej, bądź coraz częściej elektronicznej, w postaci mapy i opisów miejsc, które warto zobaczyć i zwiedzić.


Swoich przewodników mają też osoby niewidome. Może być to pies-przewodnik, może być to człowiek, który ową niewidomą osobą się zajmuje. Możliwości jest wiele. Także w życiu duchowym potrzebujemy przewodnika. Po co? By trafić do celu możliwie najkrótszą, a na pewno najlepszą dla nas drogą, by nie zgubić się na trasie i nie błądzić po okolicach i ciemnych zaułkach, by do celu dotrzeć bezpiecznie i w tak zwanym jednym kawałku. 

Nie każdy jednak, kto wierzy i chodzi do kościoła może stać się duchowym przewodnikiem drugiej osoby. Cytując za biskupem Rysiem "to, że jesteśmy w Kościele, że znamy chrześcijańskie zasady wiary i moralności, a więc "widzimy" właściwą drogę życia i postępowania, nie czyni nas jeszcze zdatnych do roli przewodnika". Kwestia rozbija się nie o czynność widzenia, ale o sposób tegoż widzenia. W jaki sposób widzę osoby "niewidome" w wierze, czyli tych, którzy pobłądzili, lub tych którzy jeszcze nie zobaczyli Boga z Jego działaniem. Czy widzę ich jako braci, którym trzeba i można pomóc, czy jako tych ułomnych i głupich, których trzeba pouczyć jak powinno się żyć po bożemu? 


Dobrym przewodnikiem jest ten, kto nie uważa siebie za guru turystyki. Dobry przewodnik to taki, który sam kiedyś zbłądził, który wie, co to znaczy iść w ciemności, co oznacza być niewidomym. Nikt nie jest uzdolniony do pełnienia przewodnika osoby niewidomej, dopóki sam siebie nie uzna za niewidomego wobec Boga. Moje bóle, moje porażki, moje potknięcia w wierze i moje sposoby radzenia sobie z tym wszystkim - to właśnie one mają stawać się drogowskazami na drogach innych osób. Nie moja nieskazitelność, nie bycie czystym jak łza, bo nikt z nas taki nie jest, a kreowanie takich siebie przed innymi jest po prostu kłamstwem. Moje doświadczenia i moje uznanie, że nie wiem wszystkiego, tylko to może uczynić mnie przewodnikiem innych na drodze (mojej i ich) do zbawienia.

Komentarze

Przeczytaj również

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch