Nie unoś swego noska pod chmury

Kiedy robię coś dla ukochanej osoby, czynię to nie po to, by otrzymać pochwalne hymny i burzę oklasków, ale dlatego, że tę osobę kocham, że mi na niej zależy i że chcę, bardziej niż swojego, jej szczęścia i dobra. Kolejny przymiot miłości wg świętego Pawła, a raczej dwa, które chciałabym przeanalizować w naszych przygotowaniach do małżeństwa to: miłość, która nie unosi się pychą i miłość, która nie szuka swego.


O pysze samej w sobie pisałam już w artykule o siedmiu grzechach głównych. Pycha psuje wszelkie relacje, jak zresztą pozostałe grzechy. Jest o tyle gorsza od innych, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że grzeszymy właśnie poprzez pychę. Pycha wobec miłości może się objawiać w różny sposób. Może być przejawem samolubstwa i właśnie owego "szukania swego" w związku, czyli nie poświęcania się dla drugiej osoby, ale oczekiwania, że to ona będzie nas ciągle nosić na rękach i chwalić. W tłumaczeniu oryginalnym owo "unoszenie się pychą" oznacza także zarozumiałość, ukazanie swojego ja, czyli wyciąganie ciągle "swojego na wierzch". To szukanie swojej racji nie licząc się ze zdaniem drugiej osoby.

W każdej relacji, a w relacjach damsko-męskich zwłaszcza, pojawiają się chwile kłótni, sporów, sprzeczek, kiedy to chcemy bardzo pokazać drugiej osobie, jakie jest nasze zdanie i za wszelką cenę próbujemy udowodnić, że owy nasz punkt widzenia jest jedynym słusznym i wszystkie inne są do bani. Tu także na pomoc przychodzi Hymn o Miłości. Zawsze, kiedy na myśl przychodzi Ci w takiej chwili powiedzenie "według mnie to jest tak i tak i uważam, że tak powinno być" tudzież "ja uważam tak i tak i zdania nie zmienię" pomyśl o tym, jaka powinna być prawdziwa miłość. Nie unoś się pychą, nie szukaj swego. Miej swoje racje, ale miej też na uwadze, że druga osoba też jest myślącym człowiekiem, też może mieć swoje zdanie na dany temat i to zdanie może, i najczęściej tak jest, znacznie różnić się od Twojego. Wysłuchaj argumentów, wyraź swoje poglądy, a później usiądźcie i poszukajcie w tym środka. Może nie od razu, może za kilka dni. Doświadczenie pokazuje, że najczęściej ostatecznie "moje" wcale nie było takie jedyne słuszne i najlepsze. Pomyśl o tym zanim wybuchniesz. Łatwiej zgasić iskrę niż płonący las.

Powtórzę po raz kolejny, iż miłość, która nie unosi się pychą i nie szuka swego to miłość bezinteresowna. Taką miłością ukochał nas Bóg. Tu po raz kolejny poznajemy Jego jako wzór do naśladowania, także w relacji narzeczeńskiej, czy później małżeńskiej. Nie chodzi tu też o ciągłe nadstawianie policzka i zgadzanie się absolutnie na wszystko, co proponuje druga strona, nie mając swojego zdania. Nie o takim stawianiu i nie stawianiu siebie w centrum myślę. Bardziej chodzi tu o bezinteresowne czynienie dobra. Trzeba rezygnować z siebie zawsze wtedy, kiedy wymaga tego dobro rodziny i małżeństwa. I dotyczy to zarówno mężczyzn jak i kobiet. "Swoje" należy chować w kieszeń, kiedy stawką jest miłość.


Żona nie powinna sprzątać domu, jeśli robi to tylko dlatego, że chce dostać od męża w zamian kwiatka lub tabliczkę czekolady.  Mąż nie powinen wynosić śmieci tylko dlatego, że chce mieć święty spokój, czy móc wyjść z kolegami na mecz. Obustronnie powinni oni wobec siebie nawet, a może właśnie, w ten sposób okazywać miłość każdego dnia. To chyba jeden z trudniejszych sposobów na pokazanie drugiej osobie, że się ją kocha, że chce się jej pomóc w codziennym życiu, wyręczyć w czymś, czego nie potrafi, co może sprawia jej trudność lub po prostu dać możliwość odpoczynku.

To, że gotuję obiady dla mojego narzeczonego nie wynika z faktu, że mu się poddałam i nie mam swojego zdania, że dałam się stłamsić i sprowadzić do przysłowiowej piwnicy, czy też że mam w tym jakiś ukryty interes. Robię to, bo po pierwsze lubię gotować, a po drugie, co ważniejsze w kontekście omawianej frazy Hymnu o Miłości, lubię gotować dla niego i lubię patrzeć, gdy mu smakuje. Niemal zawsze pytam, czy dobre, czy smakowało, ale nie po to, by usłyszeć pochwałę, ale dlatego, że gdy czasem nie trafiam w jego gust kulinarny, jest mi po prostu przykro, że nie sprawiłam należytej przyjemności jego kubkom smakowym. Godząc się na bycie jego żoną (jeszcze przyszłą), zrobiłam to z pełną świadomością tego, co mnie czeka - prania, gotowania, sprzątania, robienia zakupów (poza pracą zawodową i studiami). I choć miło jest czasem usłyszeć pochwałę, czy otrzymać coś drobnego w ramach podziękowania to jednak nie po to to robię, a z miłości właśnie. Nie odczuwam, że muszę to robić, po prostu czuję, że chcę. Jasne, że mężczyzna powinien pomagać i szanuję każdego, który to robi, ale kobieta, która ma ciągłe pretensje do mężczyzny, że musi cokolwiek kiwnąć palcem w domu faktycznie będzie się czuła jak niewolnica.

Wiele się w dzisiejszych czasach mówi o tym, że prawdziwej miłości nie ma, że miłość to złudne uczucie, że przemija. Ciągle zapominamy jednak, że o miłość trzeba dbać, że miłość to nie zakochanie, które przychodzi samo z siebie i jest rzeczywiście związkiem chemicznym, który dzieje się w naszym organizmie i sprawia, że zaczynamy "świrować" na punkcie drugiej osoby. Miłość trzeba pielęgnować, trzeba o nią dbać, bo zaniedbana faktycznie może lekko podupaść. Jeśli ciągle będę w relacji z drugim człowiekiem, chłopakiem, narzeczonym, żoną, szukać swojej racji, ciągle będzie mi źle, bo nie będę mógł/mogła siebie realizować, będę stawiać siebie i swoje aspiracje, ambicje (często przerośnięte), swoje widzimisię, na pierwszym miejscu to nigdy nie będę szczęśliwy/a. Zawsze, niezależnie która to będzie osoba z kolei, coś będzie mi nie odpowiadało, coś będzie zgrzytać i ostatecznie po raz kolejny doprowadzi do rozpadu tego związku. Jaki jest sens brania ślubu, kiedy dalej żyjemy nie razem, a obok siebie, zamiast wspólnych pasji i celów każdy z nas realizuje, jak "za panny i kawalera", czyli z czasu przed ślubem i przed związkiem, swoją ścieżkę życia? Bardziej niż na sobie skup się na drugim człowieku, a jeśli wszyscy będziemy się skupiać na innych to przysłowiowa "karma" w końcu do Ciebie wróci i to często ze zwielokrotnioną siłą.



I na koniec kilka słów od świętego Jana Pawła II:
Nie unoś, proszę, swego noska pod chmury.Nie bądź zadufkiem, pyszałkiem, wszelkiego rodzaju zarozumialcem - nie unoś się pychą.... nie rób z siebie karła, bo jesteś Człowiekiem.Pochyl się nade mną.Potrzebuję, by mnie ktoś wysłuchał.Przypomnę Ci, kto pierwszy uniósł się pychą, krzycząc na cały Kosmos: "Nie będę służył", "Nie będę słuchać", "Sam sobie będę panem!", "Wszystko mi wolno!"To korzenie zła, nieszczęść, pogardy, większych i mniejszych piekieł na ziemi.
I zapraszam do przeczytania pozostałych artykułów z serii rekolekcji ze św. Pawłem :) 

Komentarze

Przeczytaj również

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch

Najlepszy prezent