Droga do małżeństwa

Nasza droga do małżeństwa rozpoczęła się niecałe 10 lat temu, choć wtedy jeszcze żadne z nas nie miało tego ani w planach ani w najśmielszych myślach. 10 lat temu, w sierpniu, Bóg po raz pierwszy postawił nas na swojej drodze, pozwolił nam dowiedzieć się wzajemnie o swoim istnieniu, by 9 lat postawić nas razem na ślubnym kobiercu.


Wówczas mieliśmy zupełnie inne plany na swoje życie. Ja stałam przed decyzją wyboru, do którego liceum pójść po zakończeniu gimnazjum. Mąż natomiast kroczył zdecydowanie inną, niż ku małżeństwu, ścieżką. :) Nic jednak nie dzieje się przypadkiem i fakt, że poznaliśmy się dzięki instytucjom kościelnym, że połączyła nas w pewien sposób modlitwa i sam Bóg, na pewno nie obył się bez śladu w naszych sercach, że ostatecznie tworzymy rodzinę. :) 

O samym ślubie będziecie mogli przeczytać w kolejnych artykułach dedykowanych tegorocznej edycji Tygodnia Małżeństwa w Internecie. W tym chciałabym napisać o tym, co spotkało nas przed, co sprawiało trudności i co przyczyniło się do tego, że ślub jednak się odbył, mimo różnicy zdań i starcia dwóch silnych charakterów.

Ostatnia - a jednocześnie pierwsza - przedślubna prosta po okresie tzw. "chodzenia ze sobą" miała początek tysiące kilometrów od Polski. 27 kwietnia 2017 roku w odległej Irlandii, w malowniczym otoczeniu Moherowych Klifów mój, wówczas chłopak, a teraz już mąż, zapytał mnie, czy zostanę jego żoną. Aż tak daleko musieliśmy zawędrować, by oświadczyć sobie wzajemnie, że odtąd moje jest Twoje, a Twoje moje, że każdy ból, każdą radość, każdą decyzję chcemy podejmować razem. 

Okres narzeczeństwa, przynajmniej nasz, można nazwać literackim określeniem okresu burzy i naporu. Od dnia zaręczyn do dnia ślubu daliśmy sobie rok i kilka miesięcy na organizację tego wydarzenia, ale też na przygotowanie siebie i swoich serc do nowej roli - małżonka. O ile przygotowanie duchowe szło nam całkiem dobrze, katechezy przedmałżeńskie owocowały licznymi rozmowami na tematy poruszane na konferencjach i ścieraniem argumentów w różnych kwestiach, o tyle przygotowania fizyczne bywały naprawdę nerwowe. 

Wspólna droga do ślubu nie jest łatwa, gdy każde z Was ma jakiś pomysł na ten dzień i gdy nieco różni się on od pomysłu drugiej osoby. Najważniejsze jednak, by w drodze do ślubu nie zapomnieć o tym, że prowadzi nas ona nie tylko do tego dnia, ale do małżeństwa sensu stricto. Wiadomo, ślub bierze się raz w życiu i jako jedną z ważniejszych uroczystości życiowych chce się ją przeżyć w pięknej oprawie wizualnej, dźwiękowej, mieć cudowne zdjęcia itd. 

Jako, że jestem już po tym wydarzeniu chciałabym wszystkim, którzy ciągle zmagają się z przygotowaniami do ślubu powiedzieć, że nie ma nic ważniejszego, niż dziesiątki rozmów z narzeczonym/ą, ale rozmów wartościowych, o przyszłości, o wychowaniu dzieci, o gromadzeniu oszczędności, o codziennych wydatkach, mieszkaniu, samochodzie, zdrowiu i chorobach. To one będą Waszą codziennością w życiu małżeńskim. Kilka lat po ślubie nikt nie będzie pamiętał jakiego koloru wstążki były zawiązane na wazonach z bukietami na Waszej weselnej sali, ale wszyscy będą obserwować owoce waszego małżeństwa na co dzień.

To one będą stanowiły o tym, czy inne narzeczeństwa i małżeństwa będą chciały brać z Was przykład i czy Wasze dzieci będą chciały w przyszłości stworzyć takie rodziny jak Wasza. To zaczyna się na długo przed wejściem w związek małżeński. Jeśli nie przejdziemy tej drogi rozmów, kompromisów, a nawet kłótni, byle prowadziły do konstruktywnych wniosków, w okresie narzeczeństwa, w małżeństwie może być z tym dużo trudniej. 

Komentarze

Przeczytaj również

Ślub nieidealny, ale nasz

Bezwstyd czyli co?

Mowa jest srebrem, milczenie złotem, a foch to foch