Po ślubie wszystko się zmienia

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że ślub nic nie zmienia, że to tylko formalność, ładna uroczystość, ale wszystko pozostaje takie, jak było. Fakt, że większość tych opinii wyrażana jest przez osoby żyjące pod jednym dachem już przed ślubem, ale w takim razie, po co brać ślub, generować koszty organizacji imprezy, skoro jest to tylko piękne wydarzenie i nic więcej? 


Od naszego ślubu mija pół roku. Co zmieniło się względem okresu narzeczeństwa? Z jednej strony wszystko, z drugiej strony, niewiele. Na pewno dużą zmianą była przeprowadzka. Mieszkamy teraz w kawalerce, mając jeden pokój, korytarz, małą garderobę, kuchnię i łazienkę. Nie ma tu miejsca na spędzenie czasu sam na sam. Czasem to przeszkadza, ale przy naszym trybie życia i pracy, gdzie i tak większość czasu spędzamy poza domem, zdecydowanie ułatwia to relację, bo niejako przymusza nas do przebywania w obecności współmałżonka, a tym samym do rozmów i wymiany zdań na różne tematy. Siłą rzeczy, siedząc z drugą osobą w jednym pokoju przez dłuższy czas, prędzej czy później musisz się do tej osoby odezwać. Dla młodego małżeństwa jest to dobre, bo nie mamy możliwości unikania spotkań i konwersacji poprzez ucieczkę do innego pokoju.


Zmieniło się też nasze podejście do siebie nawzajem. Od dnia ślubu, od momentu przysięgi, traktujemy się zdecydowanie poważniej niż przed ślubem. Czujemy większą odpowiedzialność za siebie nawzajem, za swoją codzienność - żywienie, zdrowie, wygląd, ale także za swoją duchowość - regularność spowiedzi, modlitwę, uczestnictwo we Mszy świętej. Zawsze, gdy w nasze głowy wdziera się nutka egoizmu, pojawia się kontra-myśl, że jesteśmy połączeni sakramentem małżeństwa i teraz wszystko, co robimy sami ma też wpływ na męża/żonę. Zupełnie inaczej podchodzimy do robienia zakupów - nawet tych codziennych i gromadzenia oszczędności. 

Nie wszystko jednak po ślubie ulega zmianom. Wydawać by się mogło, że mieszkając pod jednym dachem, widząc się 7 dni w tygodniu, spędzając ze sobą znacznie dużo więcej czasu niż przed ślubem randki nie są możliwe, albo są bardzo ograniczone. Nic bardziej mylnego. Odnoszę wrażenie, że nasze randki po ślubie stały się jeszcze bardziej intensywne i częstsze niż przed nim. Wszystko zależy od naszego nastawienia do randkowania. Dla mnie randką jest zwykłe wyjście w weekend na spacer po Starym Rynku, bo nie mamy na to czasu na co dzień, więc jest to wyjątkowy czas. Każdą obiad czy kawa w restauracji, a nawet śniadanie w McDonaldzie staram się traktować jak takie mini-randki. Nie robimy tego codziennie, choć znacznie częściej niż przed ślubem, a jednocześnie jest to czasem godzina, czy nawet pół godziny przed pracą/przed wyjazdem do rodziców, którą mamy tylko dla siebie i choć idziemy na to śniadanie tylko dlatego, że przecież trzeba coś zjeść, to jednak staram się te momenty celebrować. 


Odkąd nasz tryb przebywania ze sobą w ciągu tygodnia przerzucił się raczej na wieczorny lub poranno-wieczorny ze względu na pracę, często randkujemy też w zaciszu swojego domu. Kto powiedział, że randka musi zacząć się wizytą w kinie, kolacją w wystawnej restauracji i długim spacerem nocą po mieście? Wystarczy przygotować dobre jedzenie w domu, czasem może to być nawet sałatka owocowa lub słone przekąski, odpalić Netflix, przytulić się do siebie i w ten sposób spędzić wieczór. Dzięki takiemu przeżywaniu wspólnych chwil i traktowania ich jak mini-randki, będziemy przeżywać romantyczną miłość, jak z początku naszych spotkań, przez wiele małżeńskich lat. Każdy sposób na randkę jest dobry i efektywny, o ile nie damy sobie wmówić, że randka musi być czymś spektakularnym, z fajerwerkami, płatkami róż i litrami czerwonego wina, a taka w dresach i pod kocem w domu to tylko zwykłe siedzenie przed TV. 


Komentarze

Przeczytaj również

Ślub nieidealny, ale nasz

Moja Góra Tabor.

Wielkie Wyzwanie